środa, 23 stycznia 2013

i don't care

Charles E. Thayer
urodzony w Dzień Kosmosu, bowiem 21 maja 1960 roku
boi się ognia, przed którym gotowy jest go chronić królik
wychowanek Domu Węża od siedmiu lat
o krwi czystej i z patykiem wiśniowym, długim na czternaście cali i podobno do uroków idealnym

   Jedyną charakterystyczną rzeczą, jaką Charlie pamiętał ze swojego dzieciństwa, był ten wieczny smród spalenizny unoszący się w powietrzu. Jakby ktoś za długo trzymał garnek z zupą na gazie i przypomniał sobie o tym dopiero, kiedy konsystencją przypominała oponę leżącą zbyt długo w palącym słońcu i nie dała się odkleić od spodu naczynia. Ten cholerny smród, którym przesiąkało wszystko w promieniu kilometra, od którego chciało się wyrzygać flaki i którego nie mógł się pozbyć długo po odjeździe z peronu 9 i 3/4. Dopiero po wytężeniu mózgu potrafił opowiedzieć, nieco niezgrabnie, skąd ta woń pochodziła. Ojciec lubił palić. Oczywiście nie chodzi tu, jak w przypadku zwykłych ludzi, o papierosy. Papierosy nie były godne, by Erwin Thayer trzymał je pretensjonalnie pomiędzy drugim a trzecim palcem. Nie były godne, by ich filtry choć musnęły jego wargi. Pospólstwo mogło się truć, ale nie pan i władca całego wszechświata. Och, on przecież był większy od Voldemorta, Dumbledore'a i ich wszystkich. Był po prostu Erwinem Thayerem, który mógł robić wszystko co mu się podoba, łącznie z paleniem wszystkiego co się da w szopie. Jego starszy brat opowiadał mu historie o tym, że widział jak ojciec wrzuca w płomienie zdechłe szczury. 
   Matka była oschła, ale przynajmniej kojarzył ją z zapachem perfum i kawy rozpuszczalnej, którą co chwilę popijała. Żadnego ognia, żadnych płomieni odbijających się w oczach, tylko skute lodem serce i krótkie polecenia w stylu 'Charlesie, przynieś mi to' 'Charlesie, przynieś mi tamto'. Ale wszystko jest lepsze od ojca machającego ci pudełkiem zapałek przed oczami. On najbardziej cuchnął siarką, spalonym drewnem i czymś, czego Charlie nie mógł określić. Chyba śmiercią. Oni wszyscy, wszyscy śmierciożercy byli siebie warci. Ale okazywał rodzicom szacunek, nieważne jak mocną niechęć do nich czuł. Bo jednak jest różnica między 'testami wytrzymałościowymi Erwina Thayera' a chwilką świętego spokoju, bez szturchania różdżką w głowę. Heck, jego brat lubił tak go karać. Ale przynajmniej nie przejął po ojcu miłości do palenia czego popadnie. Jeszcze by sobie z jego ręki tudzież twarzy zrobił popielniczkę.
   Wysiłek Charlesa opłacił się, bo Tiara ledwo dotknęła jego głowy i wykrzyknęła upragnione słowa 'SLYTHERIN!'. Heck nawet poklepał go po plecach i przyznał się do tego, iż są braćmi. Choć zdaniem młodego Thayera tutaj podziałała zasada 'Ślizgon albo cię wydziedziczę', która sprawiła, że przez chwilę stał się wzorowym wychowankiem Domu Węża. Wszyscy byli dumni, nawet przez dwa tygodnie powstrzymano się od nazywania go 'glutem' ewentualnie 'małym gnojkiem'. Bo zestaw wyzwisk zależał od humoru poszczególnego członka rodziny, prócz matki, która obstawała przy 'Charlesie'. Żadnych zdrobnień, jeszcze by się mu w głowie poprzewracało!
   Stopienie się ze ścianą to trudna umiejętność, zarezerwowana dla Puchonów, którzy nie oddali szkolnym zbirom prezentu od rodziców. On jednak opanował ją w stopniu podchodzącym pod perfekcję, kiedy ściana robi mu wręcz za pelerynę niewidkę w nieco zmodyfikowanej wersji. Wyróżnianie się z całego tłumu to cecha zarezerwowana dla tych, którzy nie obawiają się o stan swojej twarzy, czy - bądźmy szczerzy - nie chcą skończyć jak Severus Snape. Charlie nie należy do tego grona osób, które wręcz pragną by jakiś idiota powiesił ich do góry nogami w powietrzu. Woli sobie spokojnie żyć gdzieś z boku, schowany za jakąś książką tudzież czymkolwiek innym zakrywającym twarz. Byłby ostatnim, który biegłby skopać jakiegoś Gryfona i pierwszym uciekającym z miejsca zdarzenia, gdyby kogoś wielkiego przypadkiem urządził. Jak sensacje to tylko żołądkowe, a jak sadyzm to tylko przy rwaniu listów od rodziców. Ni mniej ni więcej, ważna jest sztuka kamuflażu. I choć teraz cios w nos na opamiętanie ze strony brata mu nie grozi, nadal ma jakieś odruchy schodzenia innym Ślizgonom z drogi, jeśli nie podoba mu się ich spojrzenie. Ucieka od kłopotów, jednocześnie dbając o swoje interesy, sprytnie i po cichu.
    To nie znaczy oczywiście, że gdybyś przy nim umierał to on by cię zostawił na pastwę losu i jeszcze pomachał na do widzenia. Zbyt upodobniłby się do reszty własnej rodziny, a wtedy chyba by się załamał. W takich sytuacjach włącza mu się jakiś wewnętrzny syndrom Matki Teresy, który każe rzucać mu się na ratunek tonącemu czy stanąć w obronie dzieciaka z pierwszego roku. Ale to zdarza się naprawdę rzadko, bo pozwala działać wszystkim bohaterom wokół, powoli wycofując się z centrum zdarzeń. Zawsze jest tłem, robienie tła to także ważna umiejętność, bo chyba raz na sto lat trafia się ktoś, kto nie chciałby zdobyć ogólnej sławy. A Charlie właśnie takim ktosiem jest. Nawet nie ma ambicji na to, żeby znaleźć sobie bandę wśród Ślizgonów i z nimi się szlajać. Jeszcze sami by mu mordę obili jakby jakiegoś dzieciaka skroić nie chciał!
    Ale to wszystko robi raczej z niego cichego chłopca do bicia, który chętnie zmieniłby się w worek treningowy. Prawda jest taka, że on chce tak wyglądać w oczach ludzi, a gdyby się odważył, to mogłoby być całkiem na odwrót. I tak robił za takowy worek tylko swojemu bratu, bo reszta nawet go nie tyka. Ale Charles zrażony raz, będzie ostrożny na wieki wieków. W ten sposób jeszcze jest uśpiony w nim jakiś talent do dyskusji, bo woli się nie wychylać. Kogo obchodzi jego zdanie, jak zapytają to dostaną odpowiedź, wręcz automatycznie, sam nie będzie się udzielał. Bo on nie boi się odzywać, po prostu nie czuje takiej potrzeby. Ot, tyle. Książki są o wiele lepsze w odbiorze, bo tam przynajmniej wszyscy są idealni, a nawet jeśli nie to i tak ociekają wewnętrzną zajebistością, za którą można z miejsca paść przed nimi na kolana. Cały sekret. Chociaż Charlie czułby się wyłącznie zakłopotany, gdyby ktoś przed nim padał. Taka już jego natura.
------------------------------------------
no cóż, sama nie wiem co wyprawiam. to chyba zmęczenie. kartę poprawię. albo i nie. kto mnie tam wie. na wątki reaguję entuzjastycznie, zwłaszcza długie. bo ja lubię sobie popisać.
nie lubię zaczynać, jestem z tych co kombinują we wszystkie strony, żeby wymyślać powiązania. ale nie protestuję, gdy ktoś robi to za mnie. moja logika mnie czasem przeraża.